Od pewnej osoby dostałam maila z załącznikami - opisem sytuacji, linkami w necie i zdjęciami. Przeczytałam i zbladłam...
"Opis zdarzenia
W stajni Purus w Mysłowicach doszło do niebywałego okrucieństwa! Tragicznego skatowania i okaleczenia konia w trakcie zmuszania go do wejścia do bukmanki. Spłoszona klacz pakowana przez Panią Prezes Klubu Jeździeckiego Jolantę Z. dyplomowanego instruktora jeździectwa z kilkunastoletnim stażem i wykształceniem weterynaryjnym i jej masztalerza, została w bestialski sposób okaleczona przez wyrwanie
języka !!! Mastalerz na polecenie Pani Prezes, przestraszonemu i katowanemu batem
oraz innymi przedmiotami koniowi zawiązał na języku pętlę ze sznurka do snopowiązałki i przy potwornym biciu szarpany za język koń wciągany był na trap przyczepy poprzez targanie za język. Przerażony koń stawiał opór a coraz brutalniejsze szarpanie sznurkiem oderwało koniowi język !!! Okaleczone zwierzę wskoczyło do bukmanki obryzgując ściany krwią !!! Zdarzenie miało miejsce w niedzielę 30 maja br. Około godz.10 .15 Wtedy Pani Jola Prezes Purusa stwierdziła żeby wyjąć konia bo nie nadaje się na zawody! Kazała wprowadzić przerażonego konia do jednego z boksów. Koń co prawda otrzymał w pośpiechu kilka zastrzyków ale wprowadzony do boksu został pozostawiony samopas bez opieki weterynaryjnej ponieważ wg zapewnień Pani Joli nic się nie stało a utrata języka to tylko drobna zmiana kosmetyczna bez najmniejszego wpływu na życie zwierzęcia, z uśmiechem dodała że najwyżej nie będzie mlaskać. Pomimo protestów przerażonych rodziców dzieci – młodych klubowiczów, Pani Jola w pośpiechu oddaliła się na zawody, a
pozostawiony w boksie koń powoli się wykrwawiał !
Niedziela była przyczyną braku możliwości szybkiego przyjazdu normalnego weterynarza z najbliższej okolicy. Na szczęście udało się ściągnąć przebywającą w Częstochowie Panią dr Anitę Krzysztofiak z Udorza. Udało się jej dotrzeć po kilku godzinach do odwodnionego i wykrwawionego konia słaniającego się na nogach. Po podaniu właściwych leków i elektrolitów oraz środków uspokajających koń został przewieziony do stadniny w Udorzu gdzie znajduje się pod stałą fachową opieką.
Jest wielu zbulwersowanych świadków tego zdarzenia, którzy pragną przerwać ten haniebny proceder katowania koni tym bardziej, że przypadek nie jest odosobniony, dlatego trudno tu mówić o wypadku! Wielokrotnie wcześniej zdarzało się, że z Purusa do Kantera w Sławkowie i odwrotnie trafiały konie z ponadrywanymi i pociętymi językami podczas ładowania do bukmanki "starą sprawdzoną kozacką metodą" Przewożone na rajdy lub zawody konie były niemiłosiernie katowane i okaleczane do krwi. Klubowiczki z Purusa były zmuszone jeździć na samych kantarach, ponieważ ich konie miały okaleczone pyski do tego stopnia, że nie było możliwości założenia wędzidła bez zadawani ciągłego bólu. Tę "Wspaniałą Metodę" przekazał Pani prezes jej konkubent zdobywca tytułu
'Mister Bat' na jednym z konkursów zresztą w nim zdyskwalifikowany za nadużywanie palcata.
Proszę o interwencję, ponieważ nie można dłużej tolerować bestialstwa w wykonaniu ludzi mieniących się znawcami jeździectwa, doświadczonymi hodowcami i miłośnikami zwierząt !!! Nie dopuśćmy by kat z uśmiechem nazywał tak okrutne okaleczenie zwierzęcia drobną zmianą kosmetyczną !!!! Proszę o poradę co powinienem zrobić w celu
wyegzekwowania konsekwencji w stosunku do winnych tego okrucieństwa. Jestem zdruzgotanym świadkiem zdarzenia i właścicielem nieszczęsnego konia. Mogę dostarczyć Państwu listę przerażonych świadków zdarzenia oraz świadectwo weterynaryjne
okaleczenia i jego przykrych konsekwencjach w życiu tego konia."
Napisał to właściciel konia. Ja nie znam więcej szczegółów. Pisała o tym też voltahorse:
http://www.voltahorse.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=2765:zdarzenie-w-mysowicachoraz treść e-maila którego dostałam "z drugiej ręki:
"Drogi panie XX,
bezpośrednio sprawy z Sali nie znam. Nie było mnie przy tym. Ale jestem byłą klubowiczką tego klubu oraz w listopadzie i grudniu byłam tam na stażu z urzędu pracy jako instruktor jazdy konnej (nie wytrzymałam do końca i odeszłam).
Ja razem z Justyną Bagińską ratowałyśmy Jurora- wałacha, który dostał ochwatu i nie udzielono mu pomocy. Jak go zabierałyśmy ledwo chodził, był strasznie chudy i zaklejony kupą. Ja się nim opiekowałam przez następne 6 miesięcy i wiem w jakim był stanie. Anita mówiła, że jego sprawa też ma być poruszana w sądzie.
Jestem zgłoszona jako świadek.
Inne drobniejsze, ale dawne sprawy to: kulawe konie chodzące pod siodłem, konie z obolałymi grzbietami chodzące pod siodłem. Pomoc lekarska nie była im udzielana. Kobyła z bardzo bolącym grzbietem w końcu była podleczana bo inaczej uginała strasznie przy wsiadaniu i nie dało się na nią wsiąść. Po kolejnym zaleczeniu została sprzedana jako koń sportowy i na zawody...
Teraz kazała mi brać na jazdy Minosa- kucyka z COPD. Wiem że takie konie mogą chodzić, ale akurat mu się wtedy nasilało (charczał już przy kłusie) i miał chodzić na normalne jazdy- galopy itp. W końcu odmówiłam. To jak mnie nie było to brali go na jazdy skokowe.
No i psy: skrajne zaniedbania, psy ze świerzbem itp. Tu też nie wiemy jak się za to zabrać, bo były listy z dowodami do związku kynologicznego, ale tam same układy i wszyscy milczą...
Ja jakiś czas temu kilka razy kontaktowałam się z TOZ oraz z Przystanią Ocalenie. Były kontrole ale nic więcej nie udało się zorbić. P Jola ma za duże układy. Moja koleżanka z fundacji też tam była. Też nie wiele zdziałała.
Mam nadzieję, że w końcu uda sie skończyć tą mękę tych zwierząt- zarówno koni i jak i psów."
Mam zdjęcia, ale nawet nie wiem gdzie je wrzucić bo to 'hardcore'...